Pierwsze dni grzania w mieszkaniu i skóra na goleniach zaczyna się łuszczyć, a dłonie piec po umyciu. To klasyczne jesienne przesuszenie i w większości przypadków nie potrzeba do niego niczego z apteki. Emolient za 15–25 zł z drogerii robi tę samą robotę, co apteczny za 60–90 zł, jeśli ma podobny skład i jest używany codziennie. Dopłata ma sens tylko w trzech sytuacjach, o których niżej.
Czym w ogóle jest emolient i co ma w środku?
Emolient to kosmetyk, który uzupełnia w skórze tłuszcze i zatrzymuje wodę, zamiast ją tylko chwilowo nawilżać. Odróżnia go od zwykłego balsamu proporcja: dużo składników natłuszczających, mało wody i zapachu. Na etykiecie szuka się kilku pozycji: parafiny lub wazeliny jako warstwy ochronnej, masła shea, oleju słonecznikowego albo ceramidów jako uzupełnienia tłuszczów, mocznika, gliceryny lub kwasu hialuronowego jako składników wiążących wodę.
Ten sam zestaw można znaleźć w produkcie z drogeryjnej półki za dwadzieścia złotych i w aptecznym za osiemdziesiąt. Różnica leży w stężeniach, konsystencji i, mówiąc wprost, w opakowaniu i marketingu. Skóra nie czyta nazw marek, czyta skład.
Kiedy drogeria w zupełności wystarcza
Suche golenie, ściągnięte przedramiona, szorstkie łokcie i pięty po lecie w sandałach to przesuszenie sezonowe, nie choroba skóry. Tu emolient z drogerii, nakładany raz dziennie po prysznicu na jeszcze wilgotną skórę, załatwia sprawę w tydzień do dwóch. Ważniejsza od ceny jest regularność i ilość: kosmetyk stosowany co trzeci dzień, cienką warstwą, nie zadziała niezależnie od tego, ile kosztował.
Drogeryjne marki własne sieci mają w tej kategorii naprawdę przyzwoite receptury, często kopiujące skład droższych produktów. Opakowanie 400–500 ml za 15–20 zł wystarcza na sześć do ośmiu tygodni codziennego smarowania całego ciała. Kupując taki sam litraż w aptece, płaci się trzy do pięciu razy więcej.
Kiedy dopłata do apteki ma sens
Są trzy sytuacje, w których lepiej sięgnąć wyżej. Pierwsza to skóra atopowa lub bardzo wrażliwa, reagująca pieczeniem na większość kosmetyków. Apteczne emolienty mają zwykle krótsze składy, bez zapachu i barwników, a producent testuje je na osobach z problemami skórnymi. Drugą jest twarz, jeśli po drogeryjnych kremach pojawiają się zaskórniki albo zaczerwienienie. Tu liczy się nie tylko natłuszczenie, ale i to, czy skład nie zatyka porów. Trzecią są dłonie osób, które myją je kilkanaście razy dziennie: pielęgniarki, fryzjerzy, pracownicy gastronomii. Apteczne kremy do rąk z wyższym stężeniem składników odbudowujących działają szybciej, gdy skóra jest już popękana.
Poza tymi trzema przypadkami dopłata jest raczej przyzwyczajeniem niż koniecznością. Skóra przesuszona po sezonie grzewczym nie odróżnia produktu z apteki od produktu z półki obok kasy.
Jak wybrać emolient bez czytania całej etykiety
- konsystencja – balsam na co dzień, gęsty krem lub maść na noc i na najbardziej suche miejsca,
- bez zapachu – kompozycje zapachowe to najczęstsze źródło podrażnień na przesuszonej skórze,
- mocznik 5–10% – dobry na łokcie, kolana i stopy, na twarz i dla dzieci lepiej niższe stężenie lub brak,
- duże opakowanie z pompką – tańsze w przeliczeniu na mililitr i wygodniejsze przy codziennym używaniu.
I jedna uwaga praktyczna: jesienne przesuszenie zaczyna się od kaloryfera, nie od kosmetyku. Krótszy, chłodniejszy prysznic, mydło bez SLS i nawilżacz powietrza w sypialni robią dla skóry więcej niż różnica między emolientem drogeryjnym a aptecznym. Kosmetyk to tylko ostatni element.